potokiem płynie woda albo nie,
a na końcu jest dziura w skale.
Nikt się nie oprze tej jaskini,
każdy chce doń wejść,
chociaż te parę metrów w głąb.
W górę spoglądam i ogarnia mnie strach,
ach, ta twarz,
ta twarz.
Jeszcze raz patrzę w kierunku świetlika,
i widzę buki,
a buki panie tutaj strzeliste są
do nieba się rwą.
Skała, którą mozolnie przez lata kształtuje woda,
ta nieskomplikowana substancja swobodnie ścieka,
czasami w rwący strumień się zamienia,
płatkiem śniegu delikatnie opada,
lodem skuje i bezlitośnie skruszy.
By głębiej wejść jednak potrzebna jest latarka
nie chciało się łaskawie zabrać do plecaka, prawda?
Dobrze, że Alusia ma przy sobie swój niezbędnik podróżnika,
to chętnie pożyczy.
No tak, pożyczy i sama zostanie na górze, no w końcu ktoś do domu musi wrócić.
I tutaj już nie moje foty, niemniej autor zezwolił je umieścić, bo bardzo lubi dzielić się z ludzkością swoimi spostrzeżeniami.
Czy ta postać z drzewa, to przypadkiem nie ostatni zbójnik Skalnego Podhala Mateja?
O! Alusia,
za tym czerwonym światełkiem ten duch to jam jest,
powiedziałam z dumą.
Jak widać, tym razem asekuracyjnie zostałam blisko wlotu do jaskini.
Co jest dalej?
Ja nie wiem, a jeżeli Ty chcesz pójść i sprawdzić, to nie zapomnij zabrać ze sobą odpowiedniego wyposażenia oraz człowieka, który Cię nigdy nie zawiedzie i pomimo odczuwanego strachu nie zostawi w biedzie.
Uff, z powrotem na powierzchni,
ostatni rzut oka na dziurę,
następni chętni zanurzają się w ciemną przestrzeń;
ciekawe czy mają ze sobą latarkę? ;-)
