za przyzwoite gojenie się miejsca po ósemce
należy mi się coś dobrego.
Tym razem wybrałam się na Kojsówkę.
Siwy dym z szałasu i w szałasie
trochę szczypie w oczy.
W kociołku nad ogniem gotuje się woda.
Tyle pychotek, że trudno się zdecydować.
Takie drabiniaste schody bardzo mi się podobają.
A właściciel tych klapek siedział i popijał sobie z cerpoka, co?
No przecież wiadomo, żętycę.
Na ladzie moje zakupy;
oscypki, bryndza i oczywiście bunc.
