Mąż milczał jak zaklęty,
uśmiechał się z zadowolenia,
gdyż widział, że nie wiem gdzie jestem.
Znaczy się, że kopiec to w pewnym momencie zaiskrzyło mi w zwojach, ale nazwę podać tak od razu,
kiedy mam aż dwie do wyboru?
I nie pomylić się za pierwszym razem?
Po około trzech minutach wolnego spacerku zdobyłam szczyt.
Ścieżka była przyjazna, niemęcząca.
U podnóża kopca kamienie, z których jeden kojarzy mi się z Drużyną Wojów Mieszka I i Bolesława I Chrobrego
Z wierzchołka podziwiam otoczenie bliższe, w którym sporo się działo, pan z psem spacerował, młodzież miło spędzała czas na randce i odbywała się interesująca sesja zdjęciowa.
Pstrykam zapamiętale zdjęcia i udaję, że nie słyszę pytań Męża o to gdzie jesteśmy.
Próbuję przejąć inicjatywę w zadawaniu pytań i zaczynam dociekać; co to za dziura w ziemi i do czego służyły te jeszcze stojące zardzewiałe budowle. Równocześnie zachwycam się, iż na króciutkie chwile gruba warstwa chmur rozsuwa się by przepuścić promienie słoneczne.
Łapię szybciutko zamglone widoki w obiektyw, bo już słychać groźne pomruki na niebie i zaczyna się robić coraz ciemniej.
Ponad drzewami widać Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach
kopiec na ....
wieżę telewizyjną na Krzemionkach
i ... już pomału trzeba wycofywać się na z góry upatrzone pozycje
bo ulewa wisi w powietrzu.
Koniec zwiedzania i trzeba wreszcie odpowiedzieć na wcześniej zadane pytanie;
byliśmy na Kopcu Krakusa.
