niedziela, 5 lipca 2009

Drugi z czterech, czy pięciu?

Miała być niespodzianka i była.
Mąż milczał jak zaklęty,
uśmiechał się z zadowolenia,
gdyż widział, że nie wiem gdzie jestem.



Znaczy się, że kopiec to w pewnym momencie zaiskrzyło mi w zwojach, ale nazwę podać tak od razu,
kiedy mam aż dwie do wyboru?
I nie pomylić się za pierwszym razem?



Po około trzech minutach wolnego spacerku zdobyłam szczyt.
Ścieżka była przyjazna, niemęcząca.



U podnóża kopca kamienie, z których jeden kojarzy mi się z Drużyną Wojów Mieszka I i Bolesława I Chrobrego



Z wierzchołka podziwiam otoczenie bliższe, w którym sporo się działo, pan z psem spacerował, młodzież miło spędzała czas na randce i odbywała się interesująca sesja zdjęciowa.



Pstrykam zapamiętale zdjęcia i udaję, że nie słyszę pytań Męża o to gdzie jesteśmy.



Próbuję przejąć inicjatywę w zadawaniu pytań i zaczynam dociekać; co to za dziura w ziemi i do czego służyły te jeszcze stojące zardzewiałe budowle. Równocześnie zachwycam się, iż na króciutkie chwile gruba warstwa chmur rozsuwa się by przepuścić promienie słoneczne.



Łapię szybciutko zamglone widoki w obiektyw, bo już słychać groźne pomruki na niebie i zaczyna się robić coraz ciemniej.



Ponad drzewami widać Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach



kopiec na ....



wieżę telewizyjną na Krzemionkach



i ... już pomału trzeba wycofywać się na z góry upatrzone pozycje



bo ulewa wisi w powietrzu.



Koniec zwiedzania i trzeba wreszcie odpowiedzieć na wcześniej zadane pytanie;
byliśmy na Kopcu Krakusa.